snycerz Stefan Szymoniak prz pracy z piłą

CHOSZCZNO. Ci, którzy wspominali Choszcza – drewnianą rzeźbę, przedstawiającą rycerza z legendy o naszym mieście, mogą już spać spokojnie, bo niebawem zaprezentuje się w nowej odsłonie. O tym, gdzie, jak i kiedy, będziemy informować na bieżąco, a tymczasem przedstawiamy Stefana Szymoniaka, snycerza z Tuczna, który ostro pracuje nad jego drugim wizerunkiem.

Poprzedniego Choszcza podziwialiśmy przez ponad 30 lat. Pamiętamy, że najpierw stał na skwerze przy Rynku (tam, gdzie obecnie znajduje się pomnik Papieża Jana Pawła II), a potem na rondzie Partnerstwa. Jego twórcą był, niestety nieżyjący już Jan Zbigniew Tracz – z zawodu architekt, z pasji sportowiec i rzeźbiarz. W latach 70., po przeprowadzeniu się ze Szczecina, mieszkał i pracował w naszym mieście, ale rzeźbę stworzył po przeniesieniu się do Łaska.

Choszcz powraca
Rok 1984. Jan Zbigniew Tracz stoi przy właśnie ukończonym Choszczu.

W październiku 2008 roku, na miejscu Choszcza, czyli na skwerze przy Rynku, stanął pomnik Papieża Jana Pawła II, a licząca sobie już 24 lata figura rycerza, najpierw poddana została gruntownej renowacji, a następnie ulokowana na rondzie Partnerstwa. Po tym zabiegu wytrzymała jeszcze niespełna 10 lat i trzeba było ją zdjąć. Przede wszystkim dlatego, że całkowicie spróchniało jej wnętrze.

Choszcz powraca
W 1984 roku Choszcz ustawiony został na skwerze przy ul. Wolności.


W ubiegłym roku, wraz ze stworzeniem Systemu Identyfikacji Wizualnej Miasta i Gmin Choszczno zdecydowano, że markę naszej gminy budować będziemy m.in. na ikonie Choszcza. Było oczywiste, że prędzej czy później rzeźba rycerza, będzie musiała powrócić. Szybko jednak okazało się, że nie będzie to takie łatwe, bo głównym problemem stało się zarówno znalezienie snycerza, który podjąłby się tego zadania, jak i też materiału na rzeźbę, czyli odpowiednio dużego kloca.

Choszcz powraca
Przez prawie 10 lat Choszcz witał wjeżdżających do miasta od strony Stargardu.

W końcu podjął się tego Stefan Szymoniak. Pochodzący z Tuczna snycerz pochwalił się nam, że z rzeźbiarstwem związany jest od najmłodszych lat. – Na pytanie o to, co lubię najbardziej rzeźbić, zawsze odpowiadam, iż nawiązuję do lat mojego dzieciństwa, czyli chwil spędzonych w regionie świętokrzyskim. Tak na serio, snycerką zająłem się w 1981 roku i bardzo szybko wkomponowałem się w to środowisko. W tamtym okresie poznałem pochodzącego z Choszczna Edmunda Pokornieckiego, a wspominam to, ponieważ zawsze bardzo ceniłem sobie jego twórcze wskazówki – opowiada S. Szymoniak. Podkreśla, że Choszcz nie będzie jego pierwszą rzeźbą prezentowaną w naszym mieście.

Choszcz powraca
Stefan Szymoniak, snycerz z Tuczna pierwsze prace wykonał piłą motorową.

– Bywałem tutaj na plenerach i wielu mieszkańców pewnie pamięta drewnianą figurę czytelnika, która przez wiele lat stała na skwerze przed Miejską Biblioteką Publiczną im. Marii Dąbrowskiej w Choszcznie – dodaje (rzeźba wykonana została w 2003 roku, w trakcie pleneru, który odbywał się w parku Moniuszki – red.). Spod dłuta Szymoniaka wyszły m.in. ołtarze znajdujące się w kościołach w Buszowie i Tucznie, jak również wielkoformatowe figury do bożonarodzeniowych szopek. – Moim największym dziełem jest niespełna 25-metrowy Pinokio, którego stworzyłem podczas pleneru w Monachium. Wielu otrzymywało propozycje, ale tylko ja podjąłem się tego zadania – z dumą podkreśla, że jego dzieła można również zobaczyć w Liverpoolu, Hamburgu i Dusseldorfie. Zaznaczając, że wielu znanych twórców nam odmawiało zapytaliśmy, dlaczego bez chwili wahania, podjął się tak niełatwego zadania?

Choszcz powraca
Rok 2003. Stefan Szymoniak w parku Moniuszki rzeźbi figurę czytelnika, którą przez wiele lat oglądaliśmy na skwerze przy Miejskiej Bibliotece Publicznej w Choszcznie.

– Tak naprawdę, to każdy snycerz chciałby kiedyś stworzyć podobne dzieło, a z tym wahaniem się to bywało różnie. Pewne jest to, że niełatwe to zadanie, a jego efekt trzeba będzie przyjąć na barki, i to bez mrugnięcia okiem – z uśmiechem na twarzy uruchomił piłę motorową i zaczął odcinać pierwsze kawałki kory. Prawie pięciometrowy, dębowy kloc leży obok jego domu i z każdym dniem nabiera nowych kształtów. – Choć bazuję na konkretnym projekcie, to jednak trzeba zaznaczyć, że w tej pracy każdy dzień przynosi coś, czego nie planowaliśmy. Zwykły sęk potrafi napsuć krwi, ale właśnie to, jest w tym wszystkim najprzyjemniejsze – podsumował.

Tadeusz Krawiec